Wszystkie rzeczy ostatnie

Nie tak to miało wyglądać. Jeszcze przed obroną pracy licencjackiej snułam w głowie tysiące myśli na odświeżenie bloga i jego prowadzenie. Nie mogłam się doczekać pierwszego wpisu, a potem kolejnych opowiadających o moich licznych przygodach i przeżyciach w mijającym roku akademickim. Już pierwszego dnia po obronie miałam ochotę na napisanie z 10 różnych artykułów, ale opanowałam się i może był to błąd. Ten blog wiele razy zaczynał się i kończył, miewał wzloty i upadki często związane z moim dość chaotycznym życiem. I właśnie teraz, przyznam, że dla mnie dość niespodziewanie, przychodzi czas na powiedzenie jemu i Wam do widzenia, być może do zobaczenia.

Prowadzenie bloga zawsze traktowałam jako obowiązek – gdy zaczynałam pisać, starałam się być w miarę regularna, wiem, że nie zawsze to wychodziło – ale przede wszystkim jako pasję. Lubiłam poprzez pisanie dzielić się z ludźmi dobrymi rzeczami. Uważałam także, że skoro mam prawo głosu, to nie powinnam unikać tematów trudnych czy kontrowersyjnych, takie artykuły też u mnie powstawały. W ostatnim czasie dominowało tam dużo recenzji filmowych i dużo prywaty. Dobrze czułam się z tym, że moje myśli, przemyślenia, rodzące się w głowie pytania mogły mieć ujście w interencie. W świecie, który nigdy nie zapomina, nigdy nie przebacza i daje ogrom możliwości.

Blog zakończy swoją działalność dokładnie 20 sierpnia 2019 roku. Żeby było jasne, kończy się z najgłupszego powodu świata tj. ważności serwera. Po raz kolejny trzeba byłoby płacić horrendalne stawki za możliwość pisania w interencie. To w moim przypadku słaby biznes wsadzać w coś pieniądze i mieć z tego tylko i wyłącznie satysfakcje. Wielu pewnie powie, że są darmowe witryny umożliwiające prowadzenie bloga, owszem, ale nie dają one tylu możliwości, ile bym chciała.

Będę tęsknić za tym, by choć z garstką oddanych czytelników dzielić się swoimi wrażeniami. Polecić im dobrą książkę, film, intrygujący serial czy fajny kosmetyk. Będę tęsknić za miejscem, w którym mogłam pisać wszystko i nikt nie mógł mi tego zabronić. Za miejscem, które często było remedium na niespodzianki losu.

Miałam ambitne plany, szykowałam wpis o serialu Sex Education oraz Riverdale. Niedawno obejrzałam Za jakie grzechy, dobry Boże? oraz I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże! – francuskie komedie, o których także chciałabym wspomnieć. Oczywiście powstała cała lista netflixowych produkcji, tj. Sekretna Obsesja, Kluseczka, Sierra Burgers jest przegrywem, Do wszystkich chłopców, których kochałam itd., które pragnęłam skomentować. Na sam koniec produkcja HBO Czarnobyl – najbardziej wnikliwy i piekielnie interesujący serial ostatniej dekady. Aż prosiło się, by coś o nim napisać.

Miałam w końcu Wam opowiedzieć o mojej wielkiej miłości do Olgi Tokarczuk. Nie spotkałam jeszcze autorki, która pisze tak, że po przeczytaniu zostawia mnie z szeroko otwartymi oczami i buzią. Co za styl, co za maniera, co za wielki talent!

We wrześniu chciałam podsumować wakacje – były mazury, morze i góry (edit: góry dopiero mają być). Chciałam napisać o świetnej płycie Taco Hemingwaya Pocztówka z WWA, lato ’19 oraz krążku Dawida Podsiadły Małomiasteczkowy, który również skradł moje serce. Szykowałam artykuł odnośnie do urządzeń od Apple, których w ostatnim czasie trochę mi przybyło. Ogólnie rzecz ujmując, miałam wiele ambitnych planów, ale jak zwykle życie i los zechciało inaczej.

Zdaje sobie sprawę z tego, że likwiduje jakąś integralną część mojego jestestwa. Wiem, że będzie mi brakowało miejsca, w którym mogłabym dzielić się z ludźmi tym, co przeżywam. Jestem typem samotnika, stąd wizja opowiadania historii przez pewną barierę, która pomaga unikać kontaktów „in real”, zdawała się zbawienna.

Los ponownie mnie zaskoczył, teraz czekam na odwrócenie się sinusoidy. Okazuje się bowiem, że być może to koniec mojego studiowania i życia w Elblągu, do którego nie ukrywam, trochę już przywykłam. Trochę pokochałam, a nawet przyznam – zadomowiłam się. I właśnie w tym momencie pogodzenia się z moją sytuacją, przywyknięciem do niej, akceptacją, los rzuca mi ogromną kłodę pod nogi. Wizja czwartej przeprowadzki, nowych ludzi, miejsc, otoczenia i samotności przeraża mnie do stopnia największej przerażalności. Studia na mojej uczelni stoją pod wielkim znakiem zapytania, a jedyną alternatywą na te chwile jest Filologia Polska na UG, co nie ukrywam, jest chyba najsłabszym wyborem.

Tkwię w bezradności prawie miesiąc, codziennie zastanawiając się, co będzie dalej. Elbląg w tym roku dał mi wiele, by za chwilę zabrać wszystko z podwojoną siłą. Dał mi władzę, by za kilka miesięcy uznać, że już wystarczy. Dał znajomych i przyjaciół, by pokazać, że dziś niewielu się do nich zalicza. Dał poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, by w wakacje zburzyć to, niczym drewnianą wierzę z klocków. Dał mi dobrych ludzi, by za chwilę ich zabrać.

Ten rok był piękny i zarazem okrutny. Zabrał wielu niezasługujących na to ludzi. Pokazał mi swoją uczciwość i sprawiedliwość. Sprawił, że często się uśmiechałam. Dał wiele dobrych chwil, a także momentów zapierających dech w piersiach.

Na sam koniec mam dla Was proste przesłanie – bawcie się i korzystajcie z życia garściami. Czytajcie dobre książki, oglądajcie mocne seriale i trzymające krew w żyłach filmy. Wracajcie do starej, dobrej muzyki i doceniajcie tą nową, często niemającą siły przebicia. Podróżujcie i zwiedzajcie nie tylko świat, ale odkrywajcie również miejsca, w których jesteście na co dzień. Spędzajcie czas z najbliższymi i nigdy go nie żałujcie.

 

Bądźcie szczęśliwi, zdrowi i uśmiechnięci!

Wasza Ver

 

Krótka historia samorządności

W końcu dojrzałam do tego, by podzielić się z Wami tym, co działo się w szalonym, pełnym wyzwań roku akademickim. Jak pewnie pamiętacie odkładałam wiele rzeczy na bok – w tym prowadzenie bloga – czasu było niewiele, a wpisy pojawiały się wyłącznie z przymusu (blog był jednym z zaliczeń dziennikarskiego przedmiotu). Potrzebowałam prawie miesiąca na pozbieranie myśli, uszeregowanie ich, hierarchizację zapominanych wartości. W końcu postanowiłam przelać myśli na papier.

 

Rok akademicki rozpoczęłam nazbyt dobrze, przez przypadek zostało powierzone mi wystąpienie na inauguracji roku akademickiego w imieniu Rady Studentów. Jak mam to w zwyczaju solidnie przygotowałam się do zadania i zaskoczyłam większość naszej kadry oraz zaproszonych gości. Potem po wielu niuansach zostałam Przewodniczącą Rady Studentów Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Elblągu. Cieszyłam się jak małe dziecko, bo przecież uwielbiam taką pracę. Przez cały czas starałam się integrować studentów, odpowiadać na ich potrzeby i jednocześnie wyciągać z tego korzyści nie tylko dla samej uczelni, ale także organów poza nią. Wspólnie z moją wspaniałą 16 (regulaminowo Rada Studentów liczy 16 członków) stworzyliśmy wiele dobrych inicjatyw. Pomagaliśmy słabszym – zbierając pieniądze na rzecz Elbląskiego Hospicjum im. dr Aleksandry Gabrysiak czy organizując Loterię Dobroci w ramach akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Integrowaliśmy studentów wszystkich instytutów, urządzając w zaprzyjaźnionym klubie YOLO imprezy tj. Otrzęsiny czy Tłuste After Party. W końcu udało nam się zorganizować juwenaliową imprezę studencką, u nas nazywaną Turbinaliami. Nie było to łatwym zadaniem. Musieliśmy bowiem udowodnić, że w Elblągu też się da. Po wielu rozmowach, konferencjach, poszukiwaniach – pozyskaliśmy kilku sponsorów, partnerów, ogromną pomoc od Prezydenta Miasta i Rektora naszej Uczelni. I udało się, mimo braku wiary w nasze siły udowodniliśmy, że potrafimy wspólnie działać.

 

Trochę podróżowałam 

 

Nie każda uczelnia w Polsce daje możliwość wyjeżdżania na tzw. Delegacje studenckie. W tym roku miałam okazję aż trzy razy reprezentować naszą PWSZ-zetkę na takich służbowych wyjazdach. Uczestniczyłam w listopadzie na Konwencie Przewodniczących Samorządów Studenckich oraz zjeździe delegatów Parlamentów Studentów RP w Warszawie. Następnie we Włocławku reprezentowałam Uczelnię w Forum PWSZ (teraz już FUZ). Na sam koniec moja wisienka na torcie, a więc wyjazd w upragnione góry –XXV Krajowa Konferencja Parlamentu Studentów RP. I choć nie zawsze było kolorowo, często wracałam bardzo zmęczona i potrzebowałam kilku dni, by dojść do siebie, to teraz zostały same piękne wspomnienia, do których na pewno będę jeszcze nie raz powracać.

 

 

W końcu się obroniłam! 

 

Porzucając już kwestie wszelkich samorządowych przygód, warto wspomnieć o samej edukacji czy 5-miesięcznych praktykach. Zacznijmy od tego, że łatwo nie było. Ostatni rok studiowania to ciężki kawałek chleba. Do końca życia będę wspominać zaliczenie z gramatyki historycznej czy literatury współczesnej, o której wspominałam –te sławetne 92 lektury i 500 wierszy –zdałam za pierwszym podejściem na 5, choć nadal trudno mi to w uwierzyć. Kolejne miesiące spędziłam w murach redakcji Razem z Tobą (tu znajdziecie kilka moich artykułów -> http://razemztoba.pl/author/weronika-wojcik/), następnie w Kinie Światowid oraz Radiu Eska. Był to dobry czas, choć nie zawsze było łatwo połączyć dużą ilość obowiązków – studiowanie, organizowanie imprezy masowej i pisanie pracy licencjackiej. Nie mniej jednak było to ogromne doświadczenie. Spotkałam wielu sympatycznych i oddanych dziennikarskiej pracy ludzi. W czerwcu zwieńczyłam okres praktyk egzaminem, także zaliczonym na 5… wiem nuda 😀

 

 

W końcu nadszedł czas obrony. Czekałam na ten dzień trzy lata. Kwintesencja mojego studiowania, zdobywanej wiedzy i doświadczeń. Przyznam szczerze, że jakoś całkiem inaczej wyobrażałam sobie ten dzień. Wielokrotnie słyszałam od znajomych, a także czytałam w wielu internetowych wpisach, że obrona pracy dyplomowej to czysta formalność. Zazwyczaj promotorzy udostępniają swoim dyplomantom pytania, a ci bardzo dobrze przygotowani przychodzą zdawać. U nas ten proces wyglądał nieco inaczej – owszem pytania były znane, a dokładniej cała pula pytań z zakresu teorii literatury, co oznaczało wykucie się ich wszystkich na blachę. Pozostawała kwestia pytań od recenzenta i promotora, ale tu liczyłam na ich łaskawość. Pełna obaw i niepokojów związanych z bardzo niską oceną pracy i niepochlebnymi recenzjami, udałam się na obronę, mając świadomość, że nie uda mi się zdać na więcej niż 4. Moje ambitne D załamywało się coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem w stronę pokoju tortur. To oczywiście żart –torturować, nie torturowali. Ale muszę przyznać, że ‘obrona’ to nie przypadkowa nazwa, bowiem student rzeczywiście ma za zadanie bronić swoich racji, argumentować reprezentowane stanowisko. Jak umiałam, tak broniłam swoją celebrycką tezę. Po kilkudziesięciu minutach opuściłam mury Uczelni jako absolwentka z 5 na obronie i dyplomie!

 

Wszystko musi się skończyć

 

Z wielkim bólem oddawałam swoje stanowisko Przewodniczącej Rady Studentów. I nie dlatego, że jestem tak egoistyczna i żądna władzy, ale dlatego, że to po prostu koniec wspaniałej przygody. Po tak intensywnym roku, pełnym wyzwań, wrażeń, nerwów bardzo trudno jest powrócić do szarej rzeczywistości. Nagle telefon przestał dzwonić, a doba zrobiła się cholernie długa. Mania sprawdzania skrzynki pocztowej i powiadomień na Facebooku dopiero powoli ze mnie schodzi. Ciężko jest zostawić coś, czemu poświęcało się cały swój czas i całe swoje serce. Mam nadzieję, że ta trudna, całoroczna praca tak wielu zaangażowanych ludzi nie pójdzie na marne.

Trzy lata spędzone w Elblągu na PWSZ-zetce będę wspominać naprawdę bardzo dobrze. Łatwo nie było, nikt nie dawał mi trafy ulgowej, wręcz przeciwnie –mała uczelnia duże wymagania. Ten ostatni rok bardzo aktywnej działalności pozwolił mi zdobyć szereg doświadczeń – szczerze mówiąc, bardziej przydatnych od niektórych przedmiotów na studiach. Bo przecież nikt nie uczy nas jak zorganizować imprezę masową, jak zachować się na ważnym spotkaniu z osobą wyższej rangi, czy jak rozmawiać i pozyskiwać sponsorów. To był naprawdę dobry czas, który będę wspominać z ogromnym sentymentem.

 

Źródło: Przemysław Kusyk, BogatyElblag.pl

#Netflix 1983

Zrobiłam to. Po wielu latach zaprzeczeń, wyrzeczeń i poszukiwań tanich rozwiązań, postanowiłam wraz z przyjaciółką założyć konto na słynnym Netflixie. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy była to dobra decyzja, ponieważ w przeciągu dwóch dni obejrzałyśmy naprawdę sporo. Platforma otwiera ogrom filmowych możliwości. Tym samym postaram się teraz co jakiś czas polecić Wam jakiś serial bądź film. Ostatnio recenzowałam Stranger Things, a teraz przyszedł czas na serial, o którym kiedyś coś słyszałam, ale nie miałam okazji bliżej się mu przyjrzeć. Zapraszam Was zatem do recenzji polskiego serialu 1983!

 

Fot. YouTube.com

 

Na pierwszy rzut oka myślimy, że będzie to serial scirte wojenny, oparty na jak to mówi slogan „odkrywaniu prawdy”. Tymczasem akcja serialu rozgrywa się w 2003 roku, czyli równo 20 lat po atakach terrorystycznych w 1983. Nie chciałabym zdradzać, tak jak zrobiłam to w przypadku Stranger, fabuły i akacji – odebrałabym Wam nie lada frajdę i przyjemność z samodzielnego śledztwa. Wbrew fali krytyki, która nie wiedzieć czemu zalała serial, uważam, że jest to bardzo dobre kino. W dodatku polskie kino, które naprawdę dorównuje światowym serialom. Świetny dobór miejsc, scenografii, strojów i całej masy szczegółów i szczególików powoduje, że naprawdę nie mamy powodów do wstydu.

Obsada aktorska to duży strzał w dziesiątkę. Na ekranach pojawią się nie tylko znani, ale także ci, których dawno polskie kino nie widziało. W rolę głównego inspektora wciela się rewelacyjny Robert Więckiewicz. Obok niego grają młodzi i cholernie zdolni – Maciej Musiał, Zofia Wichłacz i Michalina Olszańska. Warto także wspomnieć o mocnych rolach męskich – dawno niewidziany Mirosław Zbrojewicz czy Wojciech Kalarus, a także bardziej znany Andrzej Chyra.

 

Fot. Netflix, Krzysztof Wiktor

 

To serial, na którym zdecydowanie trzeba się skupić, wtedy nasza układanka nabiera coraz lepszych kształtów, by w końcu z ostatnim odcinkiem dać zaskakujący obraz całości. Z tego, co udało mi się przeczytać, serial doczeka się kontynuacji. Jego zakończenie jest ciekawe i zadecydowanie dające szansę na coś więcej. Ale nie pogniewałbym się, gdyby na tym sezonie zakończono pracę.

Zachęcam Was gorąco do obejrzenia tej projekcji, tym bardziej że wśród reżyserów górują znane i cenione nazwiska, jak Holland czy Adamik. 1983 to dobry i godny polecenia polski serial. Miejmy tylko nadzieję, że zapowiedziany przez reżysera drugi sezon tego wrażenia nie zepsuje.

Mazury

Jak każda z moich wszelkich podróży nie może obejść się bez pecha. Pomijam fakt dość późnej rezerwacji hotelu związanej z moją niewiadomą obroną i masą innych, równie ważnych rzeczy. Pierwszą noc przeleżałam w łóżku, gapiąc się w sufit i wijąc z bólu. W tym miejscu pozdrawiam wszystkich ludzi, którzy kilka razy w życiu wklepywali w internetowe przeglądarki hasła „po jakim czasie od spożycia alkoholu można wziąć tabletkę przeciwbólową”. Od 2 w nocy przeglądałam internet, czytając różnorakie opinie na ten temat. Dopiero o 4 zdecydowałam się wziąć tabletkę, która sumarycznie zadziała po dłuuugim czasie, a w fazie początkowej swojego działania spotęgowała uczucie złego samopoczucia.

Najbiedniejsza była w tym wszystkim moja przyjaciółka. Do tej pory się zastanawiam, czy spała, czy udawała, że śpi. Kręciłam się po pokoju, chodziłam do łazienki, świeciłam telefonem, przelewałam wodę z butelki do butelki, potem hałasowałam, szukając proszków. Podziwiam. Ale jeśli spała, to miała farta, w ferworze agresji mogłabym jej zrobić krzywdę, przecież ktoś ten alkohol we mnie wlewał 😉

Nauczka już po nty – nigdy nie łączyć leków z alkoholem. Czasami naprawdę warto alkohol odpuścić. Nie warty jest ceny całej nieprzespanej, niekomfortowej i wijącej się z bólu nocy. Tym bardziej, jeśli jesteśmy na wczasach.

Tak blisko a tak daleko

Choć od kilku lat mieszkam w Elblągu, to nigdy nie miałam okazji, pozwiedzać okolicznych miejscowości Warmii i Mazur. Po namowach mojej przyjaciółki udałam się dwa dni po obronie do Mikołajek – krainy jezior. Prognozy nie zapowiadały się zbyt dobrze pochmurno, silny wiatr, do tego klasycznie deszcz. Jeszcze dodajmy kobiece sprawy przypadające na właśnie te dni – wypisz wymaluj idealnie! Ale dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że to nie pogoda jest ważna, a nastawienie i doborowe towarzystwo, a przecież wszystko to miałam pod ręką.

Miejsce jest bardzo urokliwe. Widoki zapierają dech w piersiach. Piękne jeziora, lasy, mnóstwo żaglówek i przytulnych knajpek. Choć miejscami znajdziemy tu gwarne uliczki pełne handlarzy i głośnych zabaw dla dzieci, to nadal jest to miejsce bardzo kameralne. Spokojnie, ciche, w sam raz na odpoczynek.

Nieważna pogoda

Zazwyczaj wyjeżdżając na wczasy, pragniemy mieć piękną, słoneczną pogodę. Ale czy to najważniejsze? Pierwszy raz od 21 lat znajomości udałam się z moją przyjaciółką na wakacje. I to był mój główny powód radość – nie ważne czy słońce, czy deszcz, ważne, że byłyśmy tam razem i razem mogłyśmy przeżywać różnorakie przygody.

Giżycko

W drodze powrotnej postanowiłyśmy udać się do położonego nieopodal miasta. I przyznam Wam się szczerze, że nie spodziewałam się takich widoków i atrakcji. Nasze krótkie zwiedzanie rozpoczęliśmy od Twierdzy Boyen. Cudowne miejsce wciąż pamiętające czasy Wilhelma IV. Dzikie, tajemnicze i co najważniejsze oddane w stu procentach matce naturze. Znajdziemy tu przepiękne, historyczne budynki, niekiedy porośnięte mchem lub inną roślinnością. Schodząc nieco z głównego szlaku, można odnaleźć prawdziwe perełki. Polecam.

W dodatku podczas zwiedzania natrafiliśmy na wystawę prac Petera Roberta Keil – zasługującą naprawdę na uznanie. Potem poszliśmy, mówiąc kolokwialnie w miasto, a tam zaskoczyła nas jego różnorodność. Miejskie urokliwe plaże, mnóstwo zieleni i oczywiście port, którego nie powstydziłyby się żadne wakacyjne i oblegane kurorty. Widoki cudowne, zapierające dech w piersiach. Mnóstwo turystów, a także stworzonych dla nich atrakcji jak np. lunaparki, boiska do piłki plażowej, punkty widokowe i cała masa tym podobnych.

Na sam koniec

Choć wracam z przeziębieniem, to jestem szczęśliwa, że mogłam spędzić te kilka dni z dala od codziennych trosk. Posiedzieć, pośmiać się i tak po prostu pobyć z kimś, kogo od tylu lat znam i kocham. Życzę Wam, abyście i Wy mieli okazję do takiego wypoczynku.

 

PS. Pozdrawiamy recepcjonistkę z Aparthotel 🙂

#Netflix Stranger Things 3

Uwaga! Przedstawiona poniżej recenzja zdradza szczegóły fabuły zaprezentowanej w trzecim sezonie serialu Stranger Things. Jeśli nie przeszkadza Ci, duża ilość spoilerów – to z miłą chęcią – zapraszam!

Długo czekałam na trzecią odsłonę kultowego serialu Stranger Things. Choć nie przepadam za horrorami, to pierwszy sezon oglądałam z zapartym tchem, wciąż czując się zaskakiwana kolejnymi wydarzeniami. Pomyślałam sobie, że to naprawdę dobra, wciągająca fabuła w świetnej otoczce lat 80/90. Kiedy usłyszałam, że pojawi się kolejna odsłona – czekałam na nią, odliczając dni. Niestety mocno się rozczarowałam.

Źródło: onet.pl

Dwa pierwsze odcinki nowego sezonu nie porywają, jedynie wątek Nastki i grupy uroczych nastolatków jest dość interesujący. Cała reszta jest mieszanką science-fiction w dodatku z dużą dozą horrorystycznej obrzydliwości. Nie wiem, kogo rajcują, wybuchające szczury, zmieniające się w glutowatą papkę… Serial nie jest tak porywającym, jakim czynił go pierwszy sezon – tajemniczy, kryminalistyczny, nieprzewidywalny. Trudno było czymś zaskoczyć w trzecim, kiedy znamy już wszystkich bohaterów, główny zarys fabuły, a także samego potwora, którego wyobrażenie budziło większe przerażenie niż stworzona przez reżysera postać. Trzy pierwsze odcinki są nudne jak flaki z olejem. Dopiero pod koniec trzeciego zaczyna się coś dziać. Zważywszy na fakt, że serial rozwija się dopiero po 2 godzinach i 42 minutach, wypada to dość słabo.

W drugim odcinku pojawia się wątek ala kryminalny – najpierw wydaje się zbędny, a wręcz śmieszny – dopiero dwa odcinki później zaczyna nabierać tempa i logiki. Choć mocno zastanawiam się, czy był on potrzebny. Wplatanie wątku rosyjskiej mafii, strzelaniny i bieganiny rodem z Johnego Wicka 3 było chyba nie na miejscu. Zważywszy na fakt, że akcja Stranger Things opiera się głównie na niszczeniu łupieżcy umysłów z innego wymiaru. Rosyjskich naukowców i ich wątek potraktowano strasznie po macoszemu. Do ostatnich odcinków nieznana widzowi była ich rola w filmie! Choć jak się okazało, była dość istotna.

Dopiero w piątym odcinku możemy mówić o jakimś rozwoju akcji. Zważywszy, że sezon podzielony jest na osiem rozdziałów to słaba kalkulacja. Potwory nie przerażają, a jedynie obrzydzają. Pojawią się sceny podobne do egzorcyzmów – transformacje ciał, ukazywanie nadludzkiej siły, dziwaczne pozy bohaterów etc. Całość przypomina horror o zombie, w dodatku nieudany. Kilkunastominutowa scena w post apokaliptycznym szpitalu przypomina scenerię rodem z gry komputerowej. A przedstawienie w ostatnim odcinku epizodu ze zranioną nogą Nastki jest najbardziej obrzydliwym i okropnym w całym sezonie.

Reżyser postanowił wprowadzić do finałowego starcia wątki humorystyczne, wątki dotyczące trudnego dorastania i związanego z nim problemami, a także szeroko pojęty wątek rodzicielstwa. Kompletny miszmasz. Sięganie po tak złożone problemy nie wyszło reżyserowi na dobre, ponieważ z mojej perspektywy żaden z nich nie został dociągnięty do końca, a szkoda, bo na przykład epizod z pracą Nancy poruszał istotny problem seksizmu warty komentarza.

Źródło: The New York Times

Co zasługuje na uznanie to rewelacyjna scenografia – gra kolorami w centrum handlowym naprawdę powala. Wartym uznania się także stroje głównych bohaterów rzeczywiście odwołujące się do lat 80/90. Scenograficznie bomba! Fabuła pozostawia jednak wiele do życzenia. Ostatni odcinek jest zdecydowanie najlepszy – szokuje, wywołuje strach, przerażenie, a także mocno wzrusza. Wielka szkoda, że przez siedem odcinków widz nie mógł doświadczyć takich emocji.

Uważam, że ostatni sezon mógłby zamknąć się w czterech, maksymalnie pięciu odsłonach. Zwrotów akcji jest niewiele. Brakuje scen, które zaskakiwałby, czy przerażały. Fani horrorów nie mają czego szukać w trzecim sezonie Stranger Things, jedynie ci, którzy lubią popatrzeć na parę obrzydliwości – znajdą coś dla siebie. Radziłabym jednak po przeskakiwać nudne i nic niewnoszące do fabuły, momenty. Mam nadzieję, że to był ostatni z sezonów tego serialu.

Był potencjał, wyszła klapa. Szkoda.

Dwa serduszka, jeden OSCAR!

Pamiętacie wpis sprzed kilku miesięcy o Zimnej Wojnie? Jeśli nie, to koniecznie zerknijcie. Z wielkiego świata Hollywood przyszły do nas dobre wieści! Perełka Pawlikowskiego otrzymała NOMINACJĘ DO OSKARA w kategorii film nieanglojęzyczny!

Paweł Pawlikowski nieraz potrafił zaskoczyć. Na swoim koncie ma kilka nagród z różnych festiwali filmowych m.in: w Londynie, w Rzymie, w Edynburgu, w Cannes, a także na naszych rodzimych ceremoniach w Gdyni i Warszawie. Przypomnę, że nie tak dawno, bo w 2015 roku, odebrał Oscara w tej samej kategorii za film Ida.

Przed nominacją Zimna Wojna zdobyła już szereg nagród. We wrześniu 2018 roku na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Pawlikowski otrzymał Złotą Palmę w kategorii najlepszy reżyser. Kilka miesięcy później, a dokładniej w grudniu, na 31. ceremonii wręczenia Europejskich Nagród Filmowych odebrał aż trzy nagrody, w tym najważniejszą – Złotego Lwa za najlepszy film. Wszystkie te wyróżnienia potwierdzają decyzję Akademii Filmowej, która dziś ogłosiła nominację Zimnej Wojny.

Film od początku wzbudzał wiele emocji. Jednym przeszkadzał powtarzalny motyw szaro-białej kolorystyki, innym nie opowiadał ogólny klimat filmu i tak dalej i tak dalej…. Wszystko to już nieważne. Liczy się, że Polska ponownie zasłynie na arenie międzynarodowej, a w dodatku z tak pięknego i cholernie dobrego filmu!

Chapeau bas panie reżyserze!

Quo vadis Polonia?

Zabranie się do napisania tego wpisu graniczyło z cudem. W końcu doba nie jest z gumy, a ilość egzaminów, kolokwiów i rosnącej ilości notatek nie może ulec zmianie. Jednak wczoraj czas i świat stanął w miejscu.

Paweł Adamowicz nie żyje.

Takimi słowy Prezydent Miasta Elbląga – Witold Wróblewski rozpoczął wczorajszy wiec przeciwko nienawiści w naszym mieście. I nie tylko Elbląg, ale większość polskich miast przyłączyła się do tej spontanicznej, ale jakże potrzebnej akcji. Tysiące ludzkich serc wyszło na ulicę, by zaprotestować w milczeniu przeciwko agresji i mowie nienawiści.

Podczas gdy cały świat dzielił się z potrzebującymi w ramach akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wrzucając do puszek z roku na rok, coraz większe sumy, w jednym z naszych sąsiednich miast wydarzyła się ogromna tragedia. I nie jest to hiperbolizacja, bo jak inaczej nazwać tak nieludzki akt terroryzmu? Dwudziestosiedmioletni Stanisław W. karany wcześniej za kilkukrotne napady na bank podczas finału WOŚP zaatakował Prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Narzędziem, którym oprawca się posługiwał to piętnastocentymetrowy nóż. Morderca był dumny ze swojego czynu, skakał po scenie niczym obłąkany, szczycąc się śmiercią drugiego człowieka. Do jakich czasów dożyliśmy?

 

Dożyliśmy — moi drodzy czytelnicy — do końca świata. Dożyliśmy do upadku człowieczeństwa, kultury, wszelkich zasad i norm. Dożyliśmy do czasów gdzie śmierć drugiego człowieka, staje się bezkarna. Gdzie akty terroryzmu, wandalizmu i brutalizmu dzieją na naszych oczach. Daliśmy temu wszystkiemu przyzwolenie. Zabito niewinnego człowieka i nieważne jest w tej chwili, jaką funkcję pełnił. Zginął przede wszystkim człowiek, czyjś mąż, ojciec, syn. Taką ofiarą mógł zostać każdy z nas.

Zniszczyli największego dobrodzieja naszych czasów.

Bardzo chciałabym stronić od polityki i mowy nienawiści, ale z przykrością stwierdzam, że całe zajście i wydarzenia następujące po nim, śmierdzą polityką na kilometr. Kiedy świat obiegła informacja o śmierci Pawła Adamowicza, prezes fundacji WOŚP złożył oficjalną rezygnację z tego stanowiska. Po dwudziestu siedmiu latach grania orkiestrę porzuca największy dobrodziej naszych czasów – Jerzy Owsiak. I wcale mu się nie dziwię, bo ile człowiek może unieść? Ile może wysłuchiwać ciągłych pogróżek, hejtów i wylewającego się jadu? Oskarżenie fundacji o śmierć Adamowicza – zamordowanego z rąk Stanisława W. – jest najśmieszniejszym wątkiem w tej całej tragicznej sytuacji. Jeśli jest to tylko chichot losu, to należą mu się oklaski, bo za jednym zamachem straciliśmy dwójkę wspaniałych ludzi. Jednego zabito, drugiego zniszczono i zdegradowano.

Polskie prawo….

Nożownikowi grozi od 20 lat więzienia po dożywocie, jednak warto zaznaczyć, że znając nasze polskie prawo, udowodnią mu niepoczytalność. Jest to bardzo przykre i niesprawiedliwe, że tak brutalne okrucieństwo ujdzie mu na sucho. Co to oznacza, że był „niepoczytalny”? Osobiście uważam, że każdy, kto dopuszcza się takich aktów nienawiści, nie ma dobrze poukładane w głowie. Takich ludzi należy karać i nie w taki sposób, że podaje im się pod nos ciepły posiłek, zapewnia nocleg, opiekę lekarską i rozrywki. Wszystko ma swoją cenę, los bywa okrutny, a karma zawsze wraca. Nie chcę nikomu źle życzyć, ale za taką krzywdę należy zapłacić.

Wszystkim bliskim Pawła Adamowicza składam najszczersze wyrazy współczucia. Niech dobry Bóg ma go w swojej opiece.

Źródło: http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,24361418,pawel-adamowicz-nie-zyje.html

O studiach, o życiu i o tym jak ciężko jest lekko żyć

O czym mam napisać? To pytanie, które nurtuje mnie od kilku dni, tygodni a nawet miesięcy. Przymuszona do zamieszczenia literackiego bełkotu posiadającego jakiś ukryty sens, zastanawiam się na czym miałby on polegać. Zadręczanie czytelnika swoimi problemami nie leży w sposobności bycia dobrego bloggera. Mogłabym napisać Ode do rozpaczy na podstawie obszernej listy lektur czy innych obowiązków związanych ze studiowaniem. Bo przecież jeszcze licencjat, praktyka, gazetka czy w końcu Rada Studentów, której zostałam przewodniczącą. Ale tak nie wypada, nawet jeśli wymagają tego zajęcia na których właśnie siedzę. Nienawidzę pisać pod presją, bez weny, bez jakiekolwiek oglądu na dany artykuł. Więc podziwiam Cię czytelniku jeśli dalej w to brniesz. Ten potok znajdujących się obok siebie słów nic nie znaczy. Ha! Może właśnie na tym polega jego ukryty sens?

Zauważyłam, że od pewnego czasu wymaga się ode mnie co raz więcej, a jestem przecież tylko człowiekiem. Nie dam rady być w dwóch miejscach naraz – choć tak by wypadało. Nie umiem przeczytać pięciu książek dziennie – choć tego wymaga program. Nie potrafię pisać na zwołanie – choć przecież taki jest zawód dziennikarza.

W moim życiu nie wydarzyło się absolutnie nic, co byłoby godne opisania tego na blogu. Właściwie non stop coś się wydarza, ale są to rzeczy, które możecie na bieżąco obserwować na moim Facebooku, więc zbędnym wydaje się duplikowanie treści.

Od dwóch miesięcy walczę z życiem i jego przeciwnościami. Studia pochłaniają mi około 16 godzin dziennie i uwierzcie, że nie ma w tym krzty przesady.  Wielokrotnie zastanawiam się czy jestem w stanie udźwignąć ten ciężar, czy nie nawale, czy nie zawiodę samej siebie. Wymagam od siebie 120% normy dziennie, słysząc, że to wciąż mało. Przecież jestem tylko człowiekiem – powtarzam sobie z uporem maniaka, ale nawet to zdaje się odchodzić w zapomnienie.

Aby ten potok słów nabrał sensu widocznego dla wszystkich pragnę podzielić się z wami kilkoma ciekawymi pozycjami, do których czytania zostałam zmuszona.

 Popiół i diament Jerzy Andrzejewski 

Uciekałam od sięgnięcia po tę pozycję. Czcionka minimalnych rozmiarów, dziwny tytuł i obszerna ilość stron. Do tego przeświadczenie o obowiązku czytania nie zwiastowało nic dobrego. Ku mojemu zaskoczeniu książkę czyta się bardzo dobrze. Jedyne co rozprasza czy denerwuje to wspominana wcześniej wielkość tekstu. Fabuła odwołuje się do czasów wojennych, dzieli się na kilka wątków, które czytelnik może swobodnie połączyć. Dobry, ciekawy kawał historii.

Prawiek i inne czasy Olga Tokarczuk

Od kilku lat czekałam na moment w którym Olga Tokarczuk pojawi się w moim życiu. I nie ma w tym zdaniu krzty abstrakcji, ponieważ wielokrotnie spotykałam się z poleceniami, dobrymi opiniami, ogólnie rzecz ujmując – zachętami do przeczytania. Ale dopiero narzucony z góry rozkaz wywarł na mnie presję czytania. I przeczytałam w kilkanaście godzin książkę, która w sposób fenomenalny łączy rzeczywistość z mitycznością, która urzeka prostotą i jednoczesną zawiłością fabuły. Tokarczuk potrafi zaskoczyć – mnie zaskoczyła niejednokrotnie – dam sobie uciąć rękę, że Was także zaskoczy. Warte polecenia.

Mała apokalipsa Tadeusz Konwicki 

To pierwsza książką, która ma najbardziej fenomenalny początek i koniec, jaką przeczytałam w życiu. Od pierwszych słów czytelnik wie jak opisywana historia się zakończy, jednak wertuje kolejne strony z ogromną ciekawością co będzie dalej. Na przestrzeni kilkuset stron Konwicki opisuje jeden dzień życia, który można by rozłożyć na kilka różnych sekwencji. Zdecydowanie polecam!

Trochę mi Elblągu za Ciebie wstyd

I nie przez to, że wciąż popadasz w monotonię i rutynę. Nie dlatego, że ciągle pozwalasz na kolejne budowy Żabek, Biedronek, a od pewnego czasu kolejnych Lidlów. Wstyd mi za Twoich ludzi.

Miasto tworzą ludzie. Nie komunikacja, budynki czy sklepy. Ludzie. Od nich zależy to, jak miasto żyje. Czy się rozwija czy pogrąża w marazmie. Jako jedna z naczelnych krytyków naszego pięknego miasta doszłam do wniosku, że problem tkwi nie w polityce ani gospodarce, a niestety w samych mieszkańcach. Coś w tym jest, że elbląską mentalnością jest narzekanie i czarnowidztwo. Bo tu przecież się nie da. Bo tu nie ma. Bo to, bo tamto. Rzadko, który mieszkaniec, a w szczególności młody, dostrzega pozytywne aspekty tego miejsca. Przyglądam się z zaciekawieniem, jak Elbląg żyje i funkcjonuje. Mam także porównanie w stosunku do Gdańska czy Warszawy, a także rodzinnego Tarczyna. Doszłam do wniosku, że tu naprawdę trzeba obudzić ludzi.

Prostym przykładem są często przeze mnie uczęszczane, wydarzenia organizowane przez CSE Światowid. W tym tygodniu odbyły 43 repliki Festiwalu w Gdyni, czyli, krótko mówiąc, przedpremierowe pokazy filmów. Brzmi dumnie? Oczywiście, że tak. Ceny biletów bardzo śmieszne, bo jedynie piętnaście złotych, do tego możliwość spotkania z aktorami czy reżyserami. Wydawać by się mogło, że będą waliły tłumy. Skoro cena przyzwoita, film przedpremierowy i w dodatku spotkanie z osobistością. I co? I WIELKA KLAPA.

To nie pierwszy raz, kiedy sala nie pęka w szwach. Na zeszłorocznym spotkaniu gdzie gościł reżyser „Cichej Nocy” Piotr Domalewski, widownia w miarę dopisała, choć dwudziesto bądź trzydziestoosobowa grupa spokojnie by się jeszcze zmieściła. Podczas 43 replik odbył się pokaz filmu „Jak pies z kotem”, a gościem specjalnym była znana i ceniona aktorka – Aleksandra Konieczna. Aż ciężko mi uwierzyć, że ludzi było tak niewiele. W dodatku większość wyszła zaraz po filmie. O czym to świadczy? O braku czasu? Seans był na godzinę 18:00. O braku pieniędzy? Bilet za piętnaście złotych to jak na dzisiejsze czasy, jedna z najlepszych cen, jakie oferuje kino. O czym to Elblągu świadczy?

Nie dziwię się zatem, że dzieje się tu tak niewiele. Bo, nawet jeśli się dzieje, to z opłakanym skutkiem. Nie chodzi tylko o kino, ale o całokształt. Dni Elbląga złe. Turbinalnia złe. Władza zła. Pracy nie ma. Atrakcji nie ma. No najlepiej to iść i pociąć się mydłem.

I możesz, to drogi czytelniku, nazwać jak chcesz. Głupim, niepotrzebnym tekstem jakiejś gówniary. Ale zastanów się, czy właśnie Twoja postawa nie przyczynia się do tego, jaki Elbląg dziś jest.